wtorek, 2 czerwca 2015

....dramat w przedszkolu....

Gdy w poniedziałek rano, wstawałam zmęczona, po miłym, lecz zabieganym weekendzie, nawet przez chwilę nie przeszła mi myśl, jak przykre i straszne staną się dla mnie nadchodzące godziny.
Mój mąż, nigdy nie odwozi starszej córeczki do przedszkola w poniedziałki, gdyż jego grafik, mu na to nie pozwala. Jednak ten poniedziałek był inny. Gdy chwilę po dziewiątej, moja komórka zaczęła dzwonić nieustannie, zdenerwowana odebrałam. Po chwili szybkiej wymiany zdań z mężem, dowiedziałam się, że przed budynkiem przedszkola, stacjonuje samochód policyjny, ale również i telewizyjny. Zestresowani rodzice, przekazywali sobie w kółko wiadomość, że w placówce doszło do „złego dotyku», ale na razie nie mają więcej szczegółów. Nauczyciele jednak przekonywali rodziców, do pozostawienia swoich pociech pod opieką placówki, przekonując ich, że nic się strasznego nie stało. 

źródło internet


Kilka telefonów później, które wykonałam do moich „przedszkolnych koleżanek” siedziałam na łóżku, z oczami pełnymi łez. Matki, które ze mną rozmawiały, uczestniczyły również w porannym zebraniu delegacji rodziców, przedszkola i merostwa. Okazało się, że jest gorzej niż myślałam. Sprawa dotyczy czteroletniej dziewczynki, która pod koniec ubiegłego tygodnia, po odebrania z placówki, zaalarmowała rodziców swoim zachowaniem. Obdukcja lekarska i rozmowa z psychologiem szpitalnym, potwierdziła objawy rodziców. 

Dziecko było ofiarą przemocy seksualnej. 

Kiedy, jak, kto, dlaczego??? Pytania kłębiły się w mojej głowie, gdy jak szalona pędziłam samochodem do przedszkola, aby odebrać córeczkę. Pod placówką, zastałam ogromną ilość zaniepokojonych rodziców, którzy tak jak ja pragnęli odebrać swoje pociechy. Pod bramą stały kolejne radiowozy, a na terenie ośrodka, kręcili się policjanci. Zdesperowani rodzice, spanikowani i przerażeni, snuli już najgorsze wizje. Padły podejrzenia, na sprzątacza, który nieszczęsnego dnia, miał natknąć się na dziewczynkę w toalecie. Zaczęły krążyć już najgorsze plotki, i tak naprawdę, trudno było rozróżnić prawdziwe informacje, od tych fałszywych. Gdy o 11.30 otworzyła się brama przedszkolna, stanęły w niej dwie dystyngowane kobiety, które zapytały się czy wśród zebranych, są reprezentanci organizacji rodziców. Podniosłam rękę, i zostałam zaproszona do środka. Poinformowano mnie, że odbędzie się zebranie nadzwyczajne, w którego skład wchodzić będą przedstawiciele rodziców, ale również i merostwa, oświaty, a nawet sama inspektor edukacji narodowej. Zdążyłam wykonać kilka telefonów, po pozostałe koleżanki i kolegów z organizacji, gdy kazano nam usiąść do stołów. 

Trzy godziny, za zamkniętymi drzwiami, trzy godziny gorących dyskusji, przepychanek i szarpania. Wyszliśmy wycieńczeni i zszokowani postawą przedstawicieli merostwa, którzy starali się zminimalizować sprawę, aby nie powiedzieć, że ją uciszyć. Jeszcze bardziej pobudzeni, ruszyliśmy do dalszych, popołudniowych działań, których efektem końcowym było nieformalna, wieczorna demonstracja, (która przerodziła się w spotkanie) przed budynkiem merostwa, oraz reakcja lokalnej prasy. Gdy o 18 pojawiłam się z dziewczynkami, na manifestacji, byłam już wrakiem emocjonalnym, gdyż dowiedziałam się wielu przykrych szczegółów dotyczących afery. Atmosfera w Sali obrad, była bardziej niż gorąca, tam po prostu kipiało. Dyrektorka ośrodka, nawet nie pojawiła się, aby bronić swojej placówki, i może nawet lepiej, gdyż prawdopodobnie, zostałaby zlinczowana. Była natomiast babcia pokrzywdzonego dziecka, a z czasem pojawił się również sam Pan Maire. Zaczęła się debata, która przerodziła się w zaciekła dyskusję, a nawet awanturę. Podano nam do wiadomości, iż policja zajęła się szczegółowo śledztwem, i nadzoruje je sama prefektura główna. Są nowe poszlaki, które wskazują na próbę gwałtu, lecz na szczęście sam akt, nie został dokonany. Mężczyzna, sprzątacz budynku, został jak na razie oczyszczony z zarzutów i wypuszczony. Śledztwo, idzie w kierunku agresji seksualnej dokonanej przez inne dziecko. (!!!!) Dziś rano, wiemy już, że stało się to na terenie placówki, podczas tzw zajęć pozalekcyjnych TAP, organizowanych przez merostwo, i nadzorowanych przez specjalnych animatorów, pracowników merostwa. Trwa w dalszym ciągu śledztwo w tej sprawie, jednak najgorsza hipoteza została odrzucona, co oczywiście, było najwspanialszą poranna wiadomością. 

Jednak wczorajsza debata, jak i dzisiejsze rozmowy sprowadzają się do jednego punktu? Jak wygląda opieka nad naszymi dziećmi, na terenie państwowych placówek? Problem na temat przemocy seksualnej wśród rówieśników, lub zbytniego zainteresowanie tym tematem, wielokrotnie deklarowany przez rodziców, dyrektorce placówki, jak i również osobom odpowiedzialnym za edukacje w merostwie, był po prostu ignorowany. Również te osoby, informowany były regularnie, w temacie braku odpowiedniej opieki, i przejawu zainteresowania pracowników – animatorów merostwa. Dzieci, samodzielnie udawały się do toalet, bez nadzoru osób dorosłych. Potrafiły się chować w salach, klasach i innych pomieszczeniach gospodarczych budynku, co pozostawało niezauważone przez opiekunów. Padło, więc pytanie, kim są ludzie, którzy zajmują się naszymi dziećmi? Jakie mają ku temu przygotowanie, jakie szkolenia? Mimo, iż sprzątacz, został odsunięty z kręgu podejrzeń, to pozostaje pytanie, co osoba, niemająca nic wspólnego z systemem edukacji, robi na terenie placówki, sam na sam z małym dzieckiem? Jak do tego doszło? Kto zawinił? Kto zostanie pociągnięty do odpowiedzialności? Czy potrzeba było, aż takiego skandalu, aby coś się ruszyło? Czy wcześniejszy alarm, podnoszony przez rodziców nie wystarczył?

Polecą głowy, zarówno w naszym przedszkolu, jak i w merostwie. Sam Mer, miał bardzo zdziwioną, a nawet przerażoną minę, gdy wczoraj na zebraniu, dowiadywał się o wszystkim. No cóż, armia jego pracowników, była zbyt zajęta pilnowaniem swoich stołków, aby zainteresować się problemami placówki. Pani Dyrektor, na którą od kilku lat wpływają skargi pisane przez rodziców, i organizacje szkolne, zajęta była innymi sprawami, niż rozwiązywanie kłopotów jej podopiecznych. Przepychanie się od wielu miesięcy, między tymi dwoma instytucjami, brak jakiejkolwiek reakcji z ich strony na alarmujące informacje, napływające coraz częściej od rodziców, nieprawidłowo przeszkolony personel, oraz brak profesjonalnej opieki nad naszymi dziećmi doprowadziły do tego, że sprawy zaszły zdecydowanie za daleko, a na terenie placówki wydarzył się dramat…

Nie życzę żadnemu rodzicowi, aby taki dramat jak tej małej dziewczynki, dotyczył jego dziecka, gdyż prawdą jest, że czterolatka, będzie teraz potrzebowała wielu miesięcy, aby móc się odbudować psychicznie ale i fizycznie, i na nowo zaufać zarówno dorosłym, jak i dzieciom. Jestem przerażona, że akty, tak silnej i wielkiej przemocy seksualnej, zaistniały między dziećmi, które nie mają nawet sześciu lat!!! Mówimy tu przecież o próbie gwałtu, z obrażeniami fizycznymi! Jestem zdruzgotana, gdyż dotyczy to przedszkola, do którego uczęszcza moja córeczka, i ona również, jak każda jedna, z jej koleżanek, mogła być potencjalną ofiarą tego brutalnego ataku. Jestem załamana brakiem jakichkolwiek kompetencji, zarówno Pani Dyrektor, jak i wysoko postawionych pracowników merostwa. Jedyne, co może oczyścić placówkę, z zżerającej ją od wewnątrz gangreny, jest prawie całkowita wymiana personelu, zarówno administracyjnego, opiekuńczego jak i pedagogicznego, co obiecał na Pan Maire.

Od rana, w przedszkolu odbywają się zebrania, z dyrekcją, nauczycielami, opiekunami i innymi osobami odpowiedzialnymi za prawidłowe funkcjonowanie placówki. W spotkaniach tych uczestniczą, osoby, bardzo wysoko postawione w urzędzie, w oświacie a nawet w ministerstwie. W tym tygodniu, w przedszkolu rozpocznie się seria spotkań z psychologiem dziecięcym, aby złagodzić niepewność, strach i napięcię, wśród najmłodszych. Pan Maire, obiecał, że osobiście, zajmie się aferą dotycząca naszego przedszkola. Pierwsze działania, polegające na osobistych dyskusjach z rodzicami, już się rozpoczęły, gdyż znam osoby, które dziś rano otrzymały telefon od zarządcy miasta, który był zainteresowany ich opinią i odczuciami.


Lilianka, do końca tygodnia, pozostanie pod moją opieką w domu. Zobaczymy, jakie kroki podejmiemy my, jej rodzice, w kwestii kontynuowania jej nauki właśnie w tym przedszkolu.