Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co ja sobie mysle?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co ja sobie mysle?. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 listopada 2015

Dlaczego kochamy Paryż???



Paryż, to międzynarodowa stolica kultury i sztuki, miasto, o którym marzy wielu. Metropolia słynie ze wspaniałych zabytków, jak Luwr, Katedra Notre – Dame czy Wieża Eiffla. W paryskiej Operze odbywają się najpiękniejsze przedstawienia, koncerty czy rewie. Haussmanowska architektura, okryła miasto sławą na cały świat, piękne bulwary, wspaniałe kamienice, czy okoliczne parki, to jego atuty turystyczne. Jednak po ostatnich wydarzeniach, wiele osób zrezygnowało z wyjazdu do Paryża. Stolica uważana jest za niebezpieczną i ryzykowną. Dlatego dziś, postaram się przekonać Was, dlaczego mimo wiszącego nad nami zagrożenia, jakim może być kolejny atak terrorystyczny, warto odwiedzić stolicę. Dlaczego, my jej mieszkańcy, tak bardzo ją cenimy i kochamy.

1 Paryż jest miastem, o normalnych rozmiarach, i w przeciwieństwie do innych międzynarodowych metropolii, nie zajmuje wielkiej powierzchni. Tak naprawdę, to po stolicy można bez problemu przemieszczać się na własnych nogach, od Luku Triumfalnego do Placu Madeleine, to tylko 20 minut marszu, z Placu Concorde do Saint Germain, dotrzecie w niecałe 30 minut. A aby przejść miasto z północy na południe, lub wschodu na zachód, powinno Wam wystarczyć mniej więcej 1,5 do 2 godzin. Paryż jest mniejszy od Londynu, od Madrytu czy Warszawy. Dzięki temu można po nim swobodnie spacerować, lub przemieszczać się, bardzo modnym ostatnio, rowerem miejskim. Oprócz kilku wielkich bulwarów (czytaj maksymalnie dwa pasy w każdą stronę) większość ulic, posiada rozmiary standardowe. Miasto nie jest poprzecinane, autostradami, trasami szybkiego ruchu, mostami czy innymi udogodnieniami dla samochodów, jak Tokyo lub Los Angeles. Paryż to stolica pieszych, którzy mają pierwszeństwo, zawsze i wszędzie, i którzy nigdy nie dostaną mandatu za przejście na czerwonym świetle.


2 Francja kocha gastronomię i sztukę kulinarną, a Paryż, cóż to raj dla łakomczuchów. Znajdziecie tu ponad pięć tysięcy lokali, w których można coś skonsumować. Stolica posiada restauracje na każdą kieszeń, od malutkich, i tanich knajpek, po znane lokale, z gwiazdkami Michelin. Konsumując obiad w Paryżu, możecie skosztować nie tylko lokalnej kuchni regionalnej, ale również przysmaków z całego kraju, kontynentu, a nawet świata. Każda francuska prowincja, ma tutaj swoich przedstawicieli, więc można się zajadać daniami rodem z Alzacji, Korsyki czy Burgundii. Ale również bez problemu znajdziecie knajpkę, w której można zjeść dania z Argentyny, Korei, Nepalu czy Australii. To również w Paryżu, skosztujecie najwspanialszych słodkości i delicji, o jakich można pomarzyć. Ladurée, Fauchan, Dalloyau, Pierre Herrmé czy Lenotre to niektóre cukiernie z prestiżowej listy, znanej na całym świecie, w których można kupić przepyszne, miniaturowe tarty, makaroniki, czy eklerki. To w właśnie w Paryżu, dostaniecie na lokalnych targach, wszystkie sery i wina pochodzące z czterech stron Francji. Paryż to międzynarodowa stolica wykwintności i smaku!




3 Paryż, to również różnorodność dzielnic. Stolica, dzieli się na XX obszarów, ułożonych wokół Sekwany. Mówiąc o Paryżu, zawsze precyzujemy, czy mieszkamy na prawym (północ) czy na lewym (południe) brzegu, oraz w której dzielnicy, i przy której stacji metra, znajduje się nasze mieszkanie. Wynika to z tego, iż każdy dystrykt miasta jest inny od pozostałych. Mamy więc, biznesową okolicę, szklanych wieżowców, i pracujących w nich krawaciarzy, znanej pod nazwą La Défense. W trzynastej dzielnicy, znajduje się prawdziwe China Town, podobne do tego z Nowego Jorku czy Londynu, w którym przeważają imigranci z Kambodży, Chin, czy Wietnamu. Również na południu, usytułowana jest niezwykle znana Dzielnica Łacińska, przyciągająca artystów, malarzy i pisarzy z całego świata, ale również ubogich studentów, kupujących książki u bukinistów. Na prawym brzegu, znajduje się osiemnastka, w której spotkać można mieszkańców miasta, pochodzących z Czarnego Lądu, nadal kultywujących swoje tradycje. Jednak tuż obok, znajduje się Sacre Coeur i Dzielnica Montmartre, uważana, za jedną z najbardziej romantycznych w stolicy. Należy oczywiście wspomnieć również, o wielokulturowym Marais, dzielnicy tuż nad Sekwaną, w której obok siebie, po sąsiedzku, zamieszkują ortodoksyjni Żydzi, i wyzwoleni homoseksualiści. Paryż jest stolicą, w której każda dzielnica jest inna, i ma do zaoferowania coś wyjątkowego.



4. Paryż jest miastem, gdzie można być sobą, prawdziwym sobą. Nikt, nie będzie Cię bacznie obserwował, ze względu na kolor skóry, strój czy fryzurę. Możesz być młodą, elegancką kobietą, starszą ekstrawagancką damą, mnichem buddyjskim czy Marsjaninem, i będziesz się tu czuł, jak we własnym domu. Nikt nie będzie oceniał twojego wyglądu czy zachowania, jeśli oczywiście nie będziesz nim uprzykrzał życia innym.  Masz prawo do własnych, liberalnych opinii, i głośnego wygłaszania ich, a nawet oficjalnego manifestowania. We wtorek odbędzie się marsz pro małżeństwa homoseksualne, w czwartek marsz anty małżeństwa homoseksualne, a w sobotę i tak wszyscy będą pili czerwone wino w tej samej paryskiej knajpie.




5. Jak na zakupy, to do Paryża. To nie Amerykanie wynaleźli centra handlowe, to właśnie Paryżanie, byli ich prekursorami. Najpierw powstały kryte pasaże, następnie Bon Marche, Printemps i Galeries LaFayette. Dziś sklepy te są sławne na cały świat, i przyciągają pod swój dach, miliony turystów rocznie. Ale nie jest to spowodowany wyłącznie chęcią wydawania pieniędzy. Paryskie galerie handlowe, liczące sobie, okrągły wiek, to również przyjemność dla duszy i oka. Mogą się pochwalić nietuzinkową architekturą i niemal bajecznymi wnętrzami. Mają również tarasy widokowe, znajdujące się na ostatnim piętrze, skąd rozciąga się niezwykła panorama stolicy. Jak wydawać pieniądze, to tylko w Paryżu.


6. W Paryżu zawsze coś się dzieje. To miasto nigdy nie śpi, można utknąć w niebotycznym korku samochodowym, w samym centrum miasta o drugiej w nocy, i absolutnie nikogo to nie zdziwi. W stolicy prezentowane są największe wydarzenia kulturalne, wspaniałe wystawy, popularne przedstawienia teatralne czy koncerty z udziałem wielkich, międzynarodowych gwiazd. To również, tutaj, na małych, kameralnych scenach, odkrywane są młode talenty, które następnie podbijają Francję i Europę. W stolicy funkcjonuje niebotyczna ilość klubów, barów i innych knajpek, w których zawsze jest tłoczno, mimo nadzwyczaj wygórowanych cen. W tym mieście, zawsze jest tłoczno, nawet po za godzinami szczytu. I mimo, nie zawsze korzystnej pogody, mieszkańcy kochają robić wszystko na zewnątrz. Paryż, to miasto świateł, które nigdy nie gasną.



7. Mieszkając w Paryżu, lub przyjeżdżając tu tylko na chwilę, można zamieszkać w najprzeróżniejszych i najbardziej oryginalnych miejscach, jakie tylko możecie sobie wyobrazić. Dawne domy publiczne czy łaźnie, przerobione na hotele, to tutaj standard. Podczas pobytu w stolicy, można zamieszkać na statku przycumowanym do brzegu Sekwany, w studiu fotograficznym, czy w galerii sztuki. W Paryżu można skorzystać z hotelu będącego kiedyś basenem miejskim, szpitalem publicznym, a nawet więzieniem regionalnym! Ale nawet najbardziej standardowe lokum będzie świetne, tylko dlatego, że znajduje się właśnie w Paryżu.


8. Przebywając w stolicy turystycznie czy mieszkając tutaj, jesteśmy przekonani, że spędzenie miło czasu, wiele kosztuje. Nic bardziej mylnego. W stolicy, jest organizowanych mnóstwo różnego rodzaju eventów, które absolutnie nic nie kosztują. Koncerty uliczne, wystawy sztuki czy fotografii, czy zakupy bez pieniędzy, to tylko nieliczne atrakcje. Jeśli dobrze poszukacie, i wystarczająco zorientujecie się w temacie, to zwrócicie uwagę na fakt, że przynajmniej jeden dzień w miesiącu, gwarantuje wstęp bezpłatny do niemal wszystkich muzeów państwowych. W Paryżu, można również całkowicie bezpłatnie korzystać z bibliotek, mediatek a nawet archiwów miejskich. Można iść do kina, za połowę ceny, napić się drinka, który nie kosztuje pół wypłaty, i zjeść kolacje, niebiorąca kredytu w banku. Trzeba tylko wiedzieć gdzie i kiedy miasto oferuje tego typu okazje.


9. Paryżanie, uważani za aroganckich, bezczelnych i nieuprzejmych, potrafią jednak zadziwić. Na pierwszy „rzut oka” wydają się niezwykle pretensjonalni, jednak poznając ich bliżej okazuje się, że potrafią być mili i uprzejmi.  Paryżanie kochają „la belle vie” – piękne życie. Uwielbiają poranna kawę w pobliskiej kawiarence, obiad na tarasie małej knajpki, i kolacje w towarzystwie przyjaciół. Paryżanie kochają się spotykać, i bardzo często wychodzą na miasto, celebrując każde, nawet najmniejsze wydarzenie. Mimo iż, wydają się tak inni i odlegli od siebie, potrafią się jednoczyć, i działać błyskawicznie. Uśmiechają się częściej, niż nam się wydaje, i mimo potocznej opinii, niechętnych do pomocy, udzielą Wam porady, jeśli zdanie zaczniecie od „Bonjour” Bo Paryżanie są tak naprawdę cool….



10. Tarasy, paryskie tarasy. To właśnie dlatego, kochamy Paryż tak bardzo. Za jego nietypowe, niepowtarzalne i wszędobylskie tarasy. Te kilka malutkich stolików, ściśniętych obok siebie, na środku chodnika, uniemożliwiających przejście i ludzie siedzący przy nich, bez względu na porę roku, na temperaturę, czy na pogodę. Paryski taras, to kwintesencja paryskiej egzystencji. Paryskie tarasy, są jedyne, wyjątkowe i wspaniałe. Latem pijemy dla ochłody Perrier z lodem i cytryną, zimą gorącą herbatę od Mariage Frere, rano kawę z mlekiem, a wieczorem czerwone wino. Na paryskich tarasach, spotykamy się w gronie przyjaciół, śmiejemy się wygłupiamy. Przy stolikach konsumujemy sałatki i stek z frytkami, podczas gdy przechodnie, zaglądają nam do talerzy. Na paryskich tarasach, czujemy, że życie jest piękne i takie paryskie….


Paryż nie jest przereklamowany, nie jest absolutnie. Prawdziwi mieszkańcy miasta, znają go nie tylko z amerykańskich filmów, i przewodników turystycznych. Paryżanie znają stolicę od podszewki, zupełnie inną, niż tą która jest dostępna szerokiej publiczności. Dlatego też nie uważają miasta za przereklamowane. Jeśli przyjedziecie tutaj, i będzie zwracać uwagę, na przykry zapach metra, na psie kupy na chodnikach, ogólny brud, i niekończące się kolejki pod muzeami, to na pewno będziecie rozczarowani. Jeśli jednak zdecydujecie poznać inny Paryż, ten widziany przez nasz pryzmat, gdzie metro jest szybkie i sprawne, gdzie chodniki są wszędzie, gdzie na ulicy znajdują się kosze na śmieci służące segregacji, ten gdzie można zobaczyć największych twórców i mistrzów wszechczasów, pod jednym dachem, to na pewno pokochacie Paryż.

KONKURS


A teraz uwaga! Specjalnie dla Was ogłaszam konkurs. Do wygrania moje książka z dedykacją.
Aby wziąć udział w konkursie należy w komentarzu/emailowo odpowiedzieć na pytanie:



A WY? DLACZEGO KOCHACIE PARYZ?



Konkurs trwa do końca przyszłego tygodnia, czyli do niedzieli 5 grudnia 2015 roku. Rozstrzygnięcie nastąpi tydzień później.A książka zostanie wysłana przed Świętami Bożego Narodzenia, na wskazany adres, zarówno w Polsce jak i we Francji. Miłej zabawy!





piątek, 20 listopada 2015

Terrorystyczny atak w Paryżu



Gdy na początku roku, po styczniowych atakach terrorystycznych , zabrałam głos w tamtej sprawie, publikując na moim blogu dwa posty, o tematyce społeczno – politycznej, spotkałam się z natychmiastową reakcją czytelników. Większość z Was, podzielała moje opinie i poglądy, zapewne dlatego również jesteście moimi czytelnikami. Jednak na moje konto emailowe, dostałam mniej miłe wiadomości. Przez niektórych, zostałam nazwana „lewactwem” o „lewackich” poglądach, mieszkającą w „lewackim” państwie, cokolwiek oznacza słowo „lewactwo” Moje liberalne stanowisko, oraz częsta chęć dzielenie się nim na blogu, zostały ostro skrytykowane. Moje "diabelskie opinie i niechlubne walory", zostały mi „wyplute” w twarz. Jakoś nieszczególnie uderzyło to w moje uczucia, a już na pewno nie zmieniło mojej opinii i poglądów. Niektórzy anonimowi komentatorzy, w swoich wypowiedziach, w pewien sposób tłumaczyli, styczniowych zamachowców. Przecież Ci pseudo artyści, dziennikarze, bezcześcili i upokorzyli wizerunek Boga, religii, czy pewnych wartości. A zakładnicy w supermarkecie? No cóż, wytłumaczeniem była nienawiść religijna, wycelowana w kierunku europejskich Żydów. A służby porządkowe? No przecież, to policja, do policji strzelają nawet włamywacze. Tak, więc Polak potrafi. Polak potrafi znaleźć wytłumaczenie, nawet dla zamachów terrorystycznych. Przecież Francuzi doprowadzili do tego, przyjmując na swoją ziemie, na swoje terytorium, pod swój dach, tylu imigrantów. A teraz niech ponoszą ciężkie konsekwencje, swojej dawnej polityki kolonizacyjno – imigracyjnej.


Zdjęcia z Placu Republiki, gdzie Francuzi oddają cześć, palą świeczki, i przynoszą kwiaty dla ofiar piątkowego ataku terrorystycznego

















Gilles Leclerc, przyszdł na koncert ze swoją dziewczyną Marianne.  Był młodym 32 letnim, brodatym mężczyzą, typowym paryskim hipsterem. Posiadał swoją kwiaciarnię. Marianne przeżyła, on nie.

Djamila Houd, to żona właściciela restauracji, na której tarasie odbyła się strzelanina. Djamila zmarła w wyniku poważnych obrażeń, spowodowanych kulami kałasznikowa, tak jak wielu klientów jej restauracji. Miała 41 lat, w chwili śmierci. Jej ośmioletnia córka, dziękuje Bogu, że przeżył jej tata.

Charlotte Maud lat 30 i Emilie Maud również lat 30, to siostry bliźniaczki, które w piątkowy wieczór, spędzały w towarzystwie przyjaciół, na tarasie restauracji La Carillon. Obie zmarły.

Ludovic Boumbas, to 40 letni inżynier, pochodzący z Kongo, lecz od wielu lat mieszkający w Paryżu. W piątkowy wieczór, zginął na miejscu, zasłaniając swoim ciałem, młodą kobietę, siedzącą przy stoliku obok. Ludowik zmarł oddając swoje życie, za inną, obcą mu osobę.

Lola Ozounian, paryżanka, Francuska, armeńskiego pochodzenia. Na piątkowy koncert wybrała się z przyjaciółmi. Była ostatnią ofiarą zidentyfikowaną po masakrze w Sali koncertowej. Miała 17 lat.

Mathias Dymarski miał 22 lata, jego dziewczyna Marie Lausch, miała lat 23. Mathias był fanem BMX, startował w międzynarodowych konkursach. Z Marie stanowili szczęśliwą parę od pięciu lat. Od września, zamieszkali wspólnie w Paryżu. Ich idylla trwała tylko dwa i pół miesiąca.

Anna i Marion Pétard, lat 27 i 24, jak w każdy piątkowy wieczór, udały się wspólnie, po jedzenie na wynos do pobliskiej kambodżańskiej knajpki. Nie wróciły do domu, tego wieczoru.

Minął tydzień, od największego ataku terrorystycznego, jaki kiedykolwiek miał miejsce we Francji. Ponad 300 rannych, i aż 129 osób zabitych, to wynik piątkowej masakry, która miała miejsce w Paryżu.


Zdjęcia z miejsca dwóch strzelanin, Restauracji z azjatyckim jedzeniem Petite Camboge i restauracji Le Carillon















Nazywali się  Vincent, Céderic, Pierre, Elodie, Cécile i Anne. Ale nazywali się również Juan, Mohamed, Kheireddine, Elif, Haalima i Hodda. Mieli włosy brązowe, blond, farbowane, proste, kręcone, długie i postawione na żel. Nosili spodnie dresowe, koszule w kwiaty, garnitury z krawatem i podarte jeansy, wysokie szpilki, krótkie spódnice, i skórzane kurtki. Byli ateistami, muzułmanami, chrześcijanami, paryżanami, Europejczykami, kobietami i mężczyznami. Byli obywatelami Francji, obywatelami Europy, obywatelami świata….

To może teraz „mądre głowy” powiecie mi, co zrobili, aby „zasłużyć sobie” na śmierć. Nie wiecie? To ja Wam powiem.

Skakali w rytm muzyki na koncercie rokowym, rozlewając piwo trzymane w dłoni. Śpiewali piosenki, używając niecenzuralnych słów. Jedli romantyczną kolację i pili szampana w restauracji, w towarzystwie swojej drugiej połówki. Głośno krzyczeli i wiwatowali na cześć urodzin swoich przyjaciół, doprowadzając do szału sąsiadów mieszkających tuż nad barem. Dyskutowali o tym, jak okropnych mają polityków, o zbyt wysokich podatkach, i o finale The Voice. Kłócili się, między sobą, ponieważ mieli inne poglądy, a mimo to nadal się uśmiechali. Robili wiele hałasu, jazgotu i zadymy, jak w każdy piątkowy wieczór. Korzystali z życia, byli wolni…..
Bo terroryzm nie lubi wolności! Terroryzm nienawidzi wszystkiego, co sobą reprezentujemy, naszej niezależności, równości, indywidualizmu. Terroryzm nie akceptuje naszych liberalnych poglądów, naszych niewyparzonych języków, i prawa do dyskusji. Terroryzm nie może patrzeć, jak żyjemy w zgodzie, między sobą, bez względu na naszą rasę, religię czy preferencje seksualne. Terroryzm pragnie nam zabrać to, co jest dla nas najważniejsze, naszą wolność.

Dziś, tydzień po tych okropnych wydarzeniach, Paryż, nie jest już taki sam. Stolica cierpi, a wraz z nią, my, jej mieszkańcy. Nie mamy bomb, wyrzutni rakietowych, ani nawet pistoletów, i wcale tego nie potrzebujemy do walki z terroryzmem. Potrzebujemy jedności, wytrwałości i wiary w nas samych, bo czym jest grupa 10000 szaleńców, w porównaniu do 720 milionów mieszkańców Europy!

Tak więc jeśli odpowiedzią na zabójcze ataki, ma być nasza postawa, to zacznę już od jutra. W sobotę, wraz z przyjaciółmi wybieramy się do restauracji, a następnie zrobimy rundkę po tutejszych barach i knajpkach, nie dajmy się zastraszyć!

Jutro wieczorem zrobię wszystko, co lubię, a czego nienawidzi terroryzm. W imię mojej wolności, mimo strachu, w jakim żyję od tygodnia, ubiorę obcisłe spodnie, założę wysokie szpilki, rozpuszczę blond włosy, i z dumą i uśmiechem na twarzy usiądę w kawiarnianym ogródku. Będę dyskutować o polityce i skesie, pijąc czerwone, wytrawne wino, i paląc papierosa. Bo nie będzie mi dyktował szaleniec, co mam prawo robić, a czego nie!








 Dziś od godziny 21h20 , nawiązując do ubiegłotygodniowych ataków, w Paryżu odbędzie się „tarasowa akcja” która będzie trwała przez cały weekend, mająca pokazać, że mimo bólu i strachu, jesteśmy tutaj, i że nadal żyjemy według naszych upodobań.

Moje poprzednie posty, dla tych, którzy nie czytali:

http://mamawparyzu.blogspot.fr/2015/01/charlie-hebdo.html

http://mamawparyzu.blogspot.fr/2015/01/dlaczego-wszyscy-francuzi-sa-charlie.html

czwartek, 8 października 2015

Polska Królowa, francuskich zakupów




Dziś bardzo krótko, i bardzo na temat :)

Pytacie się bardzo często o program Les Reines du shopping, w którym wystąpiłam dwa lata temu.
A ponieważ opisałam go w książce, okazało się drogie czytelniczki, że nabrałyście jeszcze większej chęci na obejrzenie powtórek.

Muszę Was rozczarować, nie mam niestety tego nagrania, ale poszperałam troszkę w necie i udało mi się znależć kilka filmików!!

Tak więc miłego oglądania! 

Dla ciekawostki dodam, że podczas kręcenia programu, byłam już w drugim miesiącu ciązy z Ofelcią, ale absolutnie o tym nie wiedziałam, byłam przekonana, że złe samopoczucie, było rezultatem stresu!

http://www.m6.fr/emission-les_reines_du_shopping/videos/11349992-paulina_un_ex_mannequin_qui_connait_bien_son_corps.html

http://www.m6.fr/emission-les_reines_du_shopping/videos/11349994-le_defile_de_paulina.html

http://www.m6.fr/emission-les_reines_du_shopping/videos/11350238-paulina_reine_du_shopping_fait_un_tres_beau_geste.html

poniedziałek, 28 września 2015

Paryskie metro, wyprawa z dziewczynkam

Wczoraj, oprócz tego, że byłam na wspaniałym spacerze z dziewczynkami, podczas którego przechadzałyśmy się największymi bulwarami Paryża, zamkniętymi całkowicie dla samochodów to…

Wczoraj przeżyłam najgorszy dzień w całym moim życiu….

źródło internet


Martin przez cały ubiegły tydzień przebywał w delegacji, i swój pobyt w San Francisco, postanowił przedłużyć o sobotę i niedzielę. Tak więc, chcąc nie chcąc, w niedzielę byłam sama z dziewczynkami. Jednak „Paryż bez samochodu” to wydarzenie na skalę roku, pierwsze i oby nie ostatnie. Dlatego postanowiłam, że po zjedzonym objedzie pojedziemy do centrum, ja, Lilianka, Ofelcia, wózek, torba z przewijakiem, aparat fotograficzny, i tysiąc innych całkowicie zbędnych rzeczy, które jednak były bardzo potrzebne moim dzieciom. Oczywiście o tym, że musiałam taszczyć wózek z Ofelcią i tobołami, oraz ciągnąć Lilkę po schodach, w dół i w górę, i absolutnie NIKT mi nie pomógł, nie będę się rozpisywać. O tym wie każda młoda matka zamieszkująca stolicę.
Większość linii metra posiada swoich kierowców, którzy to bacznie obserwują, czy już można zamknąć drzwi, i czy wszyscy pasażerowie zdążyli wsiąść i wysiąść z wagonu. Jednak, RATP (tutejszy zarząd metra) stara się udoskonalić transport publiczny, i niektóre z pociągów, są już w pełni zautomatyzowane. Linia numer 1, biegnąca wzdłuż Sekwany, i przewożąca największą ilość pasażerów dziennie, jako pierwsza została zmodernizowana. Oprócz pociągu bez kierowcy, na peronie zainstalowano, dodatkowe zabezpieczenia w formie szklanych barierek/murków z suwanymi drzwiami.

Gdy na peron podjechało kolejne metro ustawiłam się z boku, kulturalnie czekając aż, pasażerowie opuszczą wagon, zanim my wsiądziemy. Stałam z wózkiem przed sobą, a przed wózkiem stała Lilianka niecierpliwa, aby już dostać się do środka. Na peronie panował ogromny zgiełk i ścisk, również samo metro, było przepełnione. Gdy podróżujący opuścili kolejkę, raptem kilka osób zdążyło wsiąść, a metro już zapiszczało, i zamknęło drzwi. Cofnęłam więc wózek, i dopiero zauważyłam, że za zamykającymi się drzwiami, w środku kolejki, stoi Lilianka…..
Krzyknęłam głośno, i rzuciłam się między drugą parę szklanych drzwi. Drzwi z hukiem zatrzasnęły się na moim ramieniu i plecach. Młody mężczyzna w środku metra, gdy zorientował się, co się właśnie wydarzyło, usiłował otworzyć na siłę drzwi kolejki. Inni pasażerowie zaczęli rozsuwać dodatkowe drzwi zabezpieczenia, aby mnie z nich wyciągnąć. Ktoś zaczął krzyczeć o pomoc na peronie, ktoś w kolejce nacisnął alarm. Jednak bezduszne automatyczne metro, niemające ani oczu ani serca, pojechało na kolejną stację, z moją czteroletnią, samotną Lilianką w środku, zostawiając mnie na peronie, walącą pięściami w szyby……………

To, co się działo w mojej głowie i w moim sercu jest nie do opisania. Żadne słowa nie są w stanie wyrazić ogromnego strachu i bólu, które ogarnęły moje ciało i umysł. Roztrzęsiona nie mogłam się opanować od płaczu, patrząc tępo w oddalający się pociąg. Byłam przerażona. Popatrzyłam w górę na panel, oznajmiający, że kolejne metro podjedzie za około 3 minut, plus dwie minuty jazdy. Przed sobą miałam perspektywę spędzenia pięciu najdłuższych minut w moim życiu….
Ja, która, osoba, która nigdy się nie boi, która zawsze opanuje sytuację. Gdy Liliana spadła z schodów do piwnicy sąsiadów, to właśnie ja zarządziłam, co robimy, podczas gdy mąż i znajomi stali w szoku. To również ja trzymałam nerwy na wodzy, gdy Lilianka odwodniona wylądowała na ostrym dyżurze, z rotawirusem i drgawkami spowodowanymi wysoką gorączką. To również ja, wsiadłam w samochód i zawiozłam małą do szpitala wcześniej robiąc jej opatrunek na rozciętej głowie, podczas gdy przyjaciele stali wystraszeni….

A teraz stałam całkowicie bezradna, nie mogłam nic…absolutnie nic…. Całkowicie nic!!! Szlochałam i tłukłam pięściami w szybę, z nadzieją, że się rozsypie, a ja zeskoczę na peron i pobiegnę na oddalającym się metrem. Dopiero płacz Ofelci, wyrwał mnie z amoku. Przypomniałam sobie, że przecież mam jeszcze drugie dziecko, i że ono będąc świadkiem zamieszania, na pewno jest równie przerażone, co ja. Wzięłam się w garść, uspokoiłam, i zajęłam córeczką, bez przerwy myśląc o mojej biednej Liliance, która sama pojechała metrem….

Chwilę potem, młoda dziewczyna, z grupki nastolatek stojących obok, odezwała się do mnie. Okazało się, że chłopak, który rozpaczliwie usiłował otworzyć drzwi, to ich przyjaciel, właśnie zadzwonił. On i jego dziewczyna, są z Lilianką, trzymają ją za ręce, i będą na mnie czekać na następnej stacji.

Gdy po najdłuższych trzech minutach oczekiwania, nieszczęsne metro podjechało, wepchnęłam się bezczelnie do środka. Kolejne dwie minuty, dłużyły się w nieskończoność. I gdy na przystanku, otworzyły się drzwi i wsiedli młodzi ludzie z Lilką, dopiero wtedy kamień spadł mi z serca. Ścisnęłam córeczkę, najmocniej jak tylko mogłam, i przez łzy szeptałam jej jak bardzo ją kocham….
Lilianka nie wyglądała na przestraszoną ani na zagubioną, co zdecydowanie poprawiło mi nastrój. Moja mała dziewczynka, okazała się bardzo dzielna, mimo to do końca dnia, i jeszcze dziś rano wspominała tą niesympatyczną historię.

Ja natomiast mam traumę, chyba już do końca życia, bo widok przyklejonej do szyby Lilki z przerażoną miną, w odjeżdżającym metrze, tkwi mi nadal przed oczami…. Pierwszy raz w życiu, bałam się tak bardzo, i byłam tak strasznie bezsilna.
Nie miałam nawet okazji, podziękować grupie moich młodych wybawicieli, gdyż chwilę później wysiedli z kolejki, a ja byłam zbyt zajęta ściskaniem i duszeniem mojej córeczki. Wiem, że nie czytają mojego bloga, ale mimo to Dziękuję Wam!


A dla Was przestroga, abyście uważali w paryskim metrze, nie tylko na pick pocketów, ale również na automatyczne pociągi…

czwartek, 24 września 2015

Jestem blogerką czy nie???

No cóż, bogerką sławną i znaną nigdy nie będę, a już Wam mówię, właściwie pisze.
Moje pubilkacje są za długie, jest w nich za dużo treści, za dużo treści, i za dużo treści. Cóż, tak już mam, że jak zaczynam pisać, to nie mogę skończyć

Publikuję zdkęcie, gdyż później mówicie, że nie poazuje żadnyh fotek )

.
Bo media społecznościowe, to mój słaby punkt. Hhhhmmmm, nawet na prywatnym koncie fejsa, nie umieszczam ogromnej ilości zdjęć. W większości, konto służy mi do wyrażenia swojej opinii, podzielenia się głupiutkim filmikiem, lub pośmiania z publikacji na stronach typu „Beka z mamuś”

Bo zamiast cykac fotki jedzeniu to je jem… No cóz, jak siedam do stołu w restauracji, i widzę to wspaniałe danie, postawione przed moim nosem, to zmias wrzucić je na Instaram, wbijam w nie widelec…łakomstwo moje, nie zna granic

Bo nawet nie wpadłam na pomysł, aby pod postami dać ikonkę „sharing is caring”, nigdy nie proszę o udostępnianie postów, i absolutnie nie organizuje konkursów….

Bo jakoś nie potrafię wrzucać zbyt wielu selfie, choć ostatnio dałam się przekonać, i kilka się już pojawiło, ale do szaleństwa mi daleko

Bo nie potrafię spiąć tematyki bloga, tak więc jest niby o Paryżu, niby o życiu, niby o dzieciach, niby o tym, niby o tamtym….i oglólnie o wszystkim

Bo nie odpowiadam na komentarze moich czytelników, co nie znaczy, że ich nie czytam, i mi na nich nie zależy. Studiuje każdy z nich, ale jakoś, samo się na odpowiedź nie zbiera

Bo jakoś słabo piszę o sobie, choć obiecałam emailowo czytelnczkom, że napiszę i pokażę jak mieszkam (wystrój typowo francuski, dlatego chyba tak wszystkich interesuje), i jak się ubieram (dziś raczej nie, bo jestem w dresach, co prawda Abercombie, ale to jednak nadal dresy)

Bo piszę nieregularnie, nieregularnie i nieregularnie. Bo jakoś tak zawsze wychodzi, że muszę coś zrobić ważniejszego….


Jestem jednak najszczęśliwszą blogerką, jaka chyba istnieje, bo mam Was moi drodzy czytelnicy, którzy do mnie piszecie, którzy prosicie mnie o rady, którzy po prostu zwierzacie mi się z waszych trosk, opowiadacie o sobie.  I mimo, że nie jest Was tak wielu, to wiem, że mogę na Was liczyć. Wielkie dzięki, za to że jesteście.!!!

czwartek, 17 września 2015

Co jest w mojej torebce? - kobiece sprawy


Dziś wpis, bardzo w nie w moim stylu, czyli dużo zdjęć (no dobrze pięć, fotek, to nie tak dużo, nie przesadzajmy) a mało tekstu! Poszłam za Waszą radą czytelnicy drodzy, którzy po przeczytaniu mojej książki, chcecie się ze mną bliżej zapoznać. Posłuchalam również rady znanej pary polskich blogerów, z którymi byłam na lunchu na początku tygodnia, i którzy zachęcali mnie do pisania, bardziej osobistych postów. Tak więc wczoraj, w pochmurny dzień, wyłożyłam zawartość torebki na stół, i po uprzednim wyrzuceniu, papierków, starych biletów na metro, brudnych chusteczek higienicznych, kamyków (od córci w prezencie) opakowań po cukierkach, ciastkach i gumach (w Paryżu czasami ciężko, o kosz na śmieci) pozostało właśnie to!





Książeczki czekowe, we Francji są niezwykle popularne, można nimi uregulować rachunek za lekarza, mandat drogowy, ale również i zakupy w supermarkecie. To coś małego w Wieżyczki Eiffela, to szmaciana torba na zakupy, gdyż w imię ekologii, odmawiam torebek plastikowych, mając właśnie tą przy sobie. Zwinięta i spakowana w mały woreczek, niezajmuje wiele miejsca, do nabycia w sieci sklepów Monoprix. Miodowy krem do rąk, firmy Nuxe, to francuski klasyk kosmetyczny. Polecam wszystkim, wspaniały zapach, delikatna tekstura, świetna konstystencja, rewelacyjnie się wchłania i nawilża. Gumy do żucia zawsze Hollywood! Pomadka Carmex, która szczypie w usta i lekki błyszczyk Clinique, którego prawie nie używam, gdyż nie robie poprawek makijażu w ciągu dnia. Klucze od domu z przywieszką Dzwoneczka, ta mała wróżka to moja ulubiona bohaterka Disneyowska. Oczywiście Ipone, stary model, bo za sekunde ma wyjść najnowszy, wtedy zmienię telefon. 



Buteleczka wody, gdyż organizm nalezy nawadniać, nie tylko winem i szampanem! Kosmetyczka, w której jest wszystko oprócz kosmetyków, znajdziecie w niej płyn i opakowanie do soczewek, krople do oczu, płyn do dezynfekcji ran, plasterki, krem na stłuczenia i obicia, w końcu jestem mamą. Czarne lustereczko Anna Sui, które przywiozłam z Japoni ponad 10 lat temu, którego nie używam, ale które zawsze jest w mojej torebce! Okulary "pilota" amerykańskiego odrzutowca, mimo iż ledwo co pilotuje samochód. Płyn do dezynfekcji rąk, którego nakaładam po każdym wyjściu z metra! Portfel, niedopinający się z powodu niezliczonej ilości "kart na punkty", szkoda że nie ze względu na wielką pulę ^pieniędzy.... Chusteczki do nosa.... z Olafem... Cóż, u nas w domu rządzi nada Frozen!



Ach, oczywiście w torebce mam również, korki alias zatyczki, zwane również smoczkami, niezbędnymi podczas jazdy samochodem w towarzystwie mojej córci.

A ten malutki notesik, nabyłam w butiku Aghaty Ruitz dela Prady, w Dzielnicy Lacińskiej. Uwielbiam jej akcesoria, gdyż są zawsze kolorowe i tętniące życiem. To właśnie w tym notesiku spisuje sobie pomysły, notatki i tematy moich postów i treść jaka będzie w nich zawarta. A długois z Hello Kitty przyleciał prosto z Tokyo, i nie jest na nim Wieża Eiffela, tylko Tokyo Tower, jej Japońska kopia, pomalowana na biało i czerwono.




Te dwie postacie pozostawie bez komentarza, nawet nie wiem co robią w mojej torebce. Założę się, że wrzuciła je tam Ofelcia, podczas "przeglądu" którego dokonuje codziennie w mojej torbie.



W torebce zabrakło tymczasowo, szczotki i gumek do włosów, które znajdują się aktualnie w samochodzie, oraz kluczyków do tego właśnie samochodu, gdyż był on wczoraj cały dzień na wizycie kontrolnej u mechanika.

Oto cała ja! 

wtorek, 8 września 2015

Uchodźcy i mój strach o jutro....

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu, przeciętny Europejczyk, nie potrafił zlokalizować Syrii na mapie, a o istnieniu państwa Erytrei, po prostu nie wiedział. Bomba zegarowa tykała gdzieś daleko, za granicami Unii Europejskiej, od czasu do czasu dochodziły nas słuchy, że na jakiejś Tureckiej plaży, odnaleziono kolejny statek pełen ludzi. Jednak to wszystko wydawało się nam odległe, byliśmy zajęci wzrostem bezrobocia, walką z terrorystami, marszami równości, kłótniami między prawicą a lewicą, i zmagaliśmy się z nieustającym kryzysem. Mówiąc My, mam namyśli zarówno Polaków, jak i Francuzów, Niemców, Włochów, Brytyjczyków, i inne narody, które znajdują się na Starym Kontynencie. A bomby zegarowe mają to do siebie, że kiedyś wybuchają…..



Niemcy – 34 tysiące, Francja – 24 tysiące, Wielka Brytania – 24 tysiące, Hiszpania – 14 tysięcy, Polska – 10 tysięcy, to tylko przybliżone liczby, mówiące nam ilu uchodźców przyjmą państwa europejskie w najbliższym czasie.

Europa zamarła! Ten daleki, odległy problem, który miał nas nie dotyczyć stał się…. Naszym głównym zmartwieniem, napawa nas strachem i niepokojem.

Przecież zarówno Polska jak i Francja, zmagają się z ogromnymi kłopotami ekonomicznymi. Brak miejsc pracy dla obywateli, dziury w budżecie Państw, brak funduszy na zasiłki, emerytury i oczywiście świadczenia zdrowotne, że o ciągle rosnących podatkach już nawet nie wspomnę. Nie ma dla nas, a co dopiero dla obcych….

Jak te Państwa, które nie są w stanie zadbać o własnych obywateli, zadbają o uchodźców? Jak nasi politycy, rozwiążą problem mieszkań, podczas gdy przeciętna rodzina Kowalskich czy Dupont, czeka na przyznanie lokalu socjalnego latami? Skąd wezmą pieniądze na zasiłki dla uchodźców, gdy we Francji od miesięcy, „tnie się” obywatelom wszelkiego rodzaju dodatki rodzinne? W jaki sposób zamierzają edukować tamtejszą młodzież i dzieci, podczas gdy we francuskich szkołach, klasy są przeludnione, aż po 34 uczniów? W jaki sposób mają zamiar udzielić im pomocy lekarskiej, podczas gdy przeciętny Polak czeka miesiącami na zabieg operacyjny, a Francuz nie może się umówić na wizytę do specjalisty z powodu braku miejsc. Ja nie mówię nie! Ja się pytam jak!!!

Wczoraj, czekając na peronie metra Gare du Nord, naliczyłam 3 osoby żebrzące. W drodze przesiadkowej między dwiema liniami, kolejne trzy. A podczas mojej jazdy kolejką, następne dwie prosiły o wsparcie. I uwierzcie mi, że nie byli to tylko bezdomni czy romowie. Przy wyjściu z metra, stała skromnie i czysto ubrana staruszka w okularach, francuska, biała, katoliczka z medalikiem na szyi. Jeśli dla niej nie ma państwo francuskie pomocy, to w jaki sposób da radę zająć się 24 tysiącami uchodźców, nie znających języka, nie znających kultury, nie znających tutejszych obyczajów.

Dla normalnego, świadomego człowieka, nie istnieje dylemat czy należy pomóc uchodźcom. Nasza empatia, nakazuje pomagać, a humanitaryzm nas do tego zobowiązuje. Zwłaszcza ludziom, których los tak brutalnie potraktował. Jako katolicy, jako obywatele, jako zwykli ludzie….

W telewizji i prasie, widać dramatyczne sceny z obozów, gdzie na ziemi, w kocach śpią maleńkie dzieci, podczas gdy moje córeczki, kręcą się w swoich wygodnych łóżeczkach w czystej pościeli. Zdjęcia ukazują, rodziny, kobiety z dziećmi, którym racjonuje się żywność, którym brakuje wody, które w tymczasowych obozach nie mają, żadnej opieki i nawet minimalnych standardów sanitarnych, podczas gdy moje dzieci wybrzydzają przy stole, niedojadają kolacji, i chlapią się w wannie, co wieczór. W relacjach stacji telewizyjnych, mówi się o bezbronnych uchodźcach, wśród, których większość stanowią takie rodziny jak moja.

Jednak statystyki wskazują zupełnie, co innego….Kobiety i dzieci to łącznie niespełna 25% uchodźców (źródło statystyki UNHCR) Potwierdzają to również dane Eurosatu, potwierdzające że 85% podań o azyl wśród Syryjczyków, składają mężczyźni, młodzi mężczyźni. Jeśli przypatrzeć się, choć trochę uchodźcom, i tym Polskim ruszającym na zachód, i tym z innych rejonów globu, zauważymy, jednak, że tendencja była i jest zupełnie, inna. W obu przypadkach, większość, lub przynajmniej połowę, uchodźców stanowili i stanowią kobiety, dzieci, lub mężczyźni w związkach małżeńskich (dane UNHCR z zakresu XX i XXI wieku, dotyczące zarówno Europy, jak i Stanów Zjednoczonych) W tym wypadku, jest inaczej, to młodzi mężczyźni, w sile wieku, często przed 30 rokiem życia.

Oczywiście natychmiast padają podejrzenia, że są to ekstremiści, którzy lada dzień będą wysadzać paryskie i warszawskie metro w powietrze. Że to bojownicy Państwa Islamskiego, przdostający się cichaczem prze granice. Że zachwile u nas rozpocznie się wojna.Jednak część z tych mężczyzn w kraju pozostawiła swoje rodziny, które zechce sprowadzić do Europy, i jest to całkowicie normalne. Gdyby w Polsce działo się źle, natychmiast ściągnęłabym do siebie bliskich, w dodatku prawo mi to gwarantuje. Pozostała część, jest jednak stanu wolnego.

Istnieje kolejny problem, tym razem kulturowy. Nie oszukujmy się, że emigracja w obrębie Uni Europejskiej, może narozrabiała na rynku pracy, ale na tym jej rozboje się zakończyły. Polak jadący do UK, Czech pracujący w Niemczech, czy Portugalczyk we Francji, dostosują się i zintegrują bez większej pomocy i problemu, ponieważ nasze kultury są najzwyczajniej w świecie zbliżone. Niestety nie można powiedzieć tego o uchodźcach z Syrii. Czy państwa europejskie wiedzą, że integracja, to nie tylko zasiłek i mieszkanie, lecz długi i ciężki okres trwający miesiącami a nawet latami, gdzie pomoc, jest potrzebna, powiedziałabym obowiązkowa. Tym ludziom należy pokazać i wytłumaczyć zasady i reguły obowiązująca w Europie. Wytłumaczyć, co to demokracja, nauczyć odpowiedzialności społecznej, wyjaśnić, na czym polega nasza kultura, gospodarka, religia. Zapoznać z tutejszymi normami, zagwarantować im wsparcie emocjonalne i społeczne, nie tylko finansowe. To kosztuje, dużo kosztuje, i czasu i pieniędzy. Myślę, że Francja, pokazała już na forum międzynarodowym, jak wielki i poważny ma problem z integracją, kolejnego pokolenia emigrantów z Czarnego Lądu, o czym świadczą częste zamieszki na przedmieściach stolicy. Stworzenie następnego socjalnego getta, na obrzeżach Paryża, Marsylii, Warszawy czy Gdyni, nie rozwiąże problemu, tylko pogorszy całą sprawę….

I oczywiście pozostaje kwestia religii. Zarówno Polacy, ale również zmęczeni Francuzi, obawiają się zalania kolejną falą Muzułmanów, należących do tej radykalnej i ekstremalnej frakcji. Na francuskich ulicach, widać już wystarczająco kobiet ubranych w burki, na które przeciętny Francuz, patrzy spode łba. A co najdziwniejsze, że muzułmanie liberalni i postępowi, sami obawiają się przed napływem Syryjczyków i ich dość ortodoksyjnego podejścia do islamu.

A prasa i telewizja, mydli oczy, i bez względu na kraj, pokazuje nam w kółko, jak wszyscy są szczęśliwi, że przyjmą całe rzesze uchodźców pod swoje dachy. Gdy tylko zajrzymy na fora internetowe, komentarze pod licznymi publikacjami, zobaczymy, że przeciętny mieszkaniec kraju nad Wisłą czy Sekwaną, jest przerażony, pełen strachu i obawy. Niektóre wypowiedzi, są nafaszerowane nienawiścią i brakiem szacunku do uchodźców, wrzucając wszystkich do jednego worka. Jacyś Syryjczycy zrobili wielką rozróbę, inni zaatakowali autokar, zdjęcia ukazują ich całkowity brak szacunku do mienia państwowego, do lokalnych mieszkańców, a nawet do samych siebie. Podczas rozmowy z przyjaciółmi i znajomymi, czuć ich niepewność i strach. Nie wszyscy uchodźcy to dzika łobuzerka, nie wszyscy Polacy to złodzieje, nie wszyscy Francuzi strajkują. Jednak niektórzy to robią….

I co dalej Europo? Przyjmiemy pierwszą falę uchodźców i doskonale wiemy, że na tym się nie skończy? Że w ciagą kolejnych tygodni, miesięcy, lat, będą napływać nowe. Będziemy ich wszystkich przyjmować pod swój dach? Powinniśmy, tylko czy damy radę, ekonomicznie, społecznie, socjalnie, emocjonalnie????

Nie wierzę w jakiekolwiek pozytywne rozwiązanie tego problemu, nie przy dzisiejszej władzy unijnej, która zdaje się być krótkowzroczna, i dostrzega problem tu i teraz, nie martwiąc się o jutro. To nie polityka, to manewrowanie i uchylanie się od odpowiedzialności, wmawianie sobie, że jakoś o będzie. Z Grecją i Hiszpanią, też jakoś miało być, ale chyba coś tam nie wyszło do końca….

Tak, jestem osobą tolerancyjną, otwartą, prawdziwą kosmopolitką, i mówię głośno tak, boję się! Ogromnie się boję, tego co przyniesie jutro. Boją się również moje koleżanki Muzułmanki, może nawet bardziej niż ja, gdyż lepiej orientują się w temacie.



Boję się, gdyż codziennie na statkach, będą umierać dzieci. Boję się, gdyż nie jestem w stanie im pomóc, i całkowicie mnie to przerasta. Boje się, o te kobiety gnębione i szykanowane w swoich państwach, i szukające drogi ucieczki. Boje się o obywateli Grecji czy Węgier, którzy na co dzień mają sceny dantejskie pod oknami. Boje się o nas, mieszkających w Polsce, w całej Europie. Boje się, że z uchodźcami przedostaną się terroryści. Boje się, że nowo przybyli będą chcieli narzucić nam swoje poglądy i sposób życia. Boje się, że nie poradzimy sobie z tak wielką fala ludności. Boje się, że będą zamieszki między nieprzychylnymi mieszkańcami Europy, a wrogo nastawionymi uchodźcami. Boje się, że będą mieli coraz większe roszczenia, a Europa w imię tolerancji będzie je spełniać. Boje się, że kiedyś sama będę mniejszością, tu u siebie, na swoim kontynencie. Boje się, bo mam do tego prawo, bo nikt mi nie mówi otwarcie o prawdziwych rozwiązaniach, o konkretnych działaniach, mających zapewnić równowagę.


Boje się, bo do na ogromną ranę, naklejamy plaster, mówiąc, jakoś to będzie….. Tylko jak???

wtorek, 1 września 2015

Wrześniowe zmiany

Muzyka cichutko brzęczy z głośników, gorąca kawa latte już w kubku, Lilianka w przedszkolu, Ofelcia w żłobku, zakupy w Carrefourze zrobione (czekam tylko na dowóz), więc nareszcie w spokoju mogę odpalić komputer i zabrać się do pisania…. Ach, jak strasznie mi tego brakowało!!!

Pierwszy Września, magiczna data, dzieci wracają do przedszkoli, żłobków i szkół, a my rodzice, chcąc nie chcąc do pracy.  Lilianka, wystrojona w sukienkę w motylki i różowy sweterek, szczęśliwa pobiegła do przedszkola, aby spotkać się po wakacjach z koleżankami i kolegami. Ofelcia, uradowana, uciekała na czworaka po całej sali zabaw w żłobku, nie chcąc mi nawet dać buziaka na pożegnanie. Cóż, ja dziś w porze lunchu, mam spotkanie z moim szefem, aby…. No właśnie, aby uporządkować srawy związane z moją aktualną pracą, i urlopem wychowawczym, który właśnie dobiegł końca. Mam nadzieję, że zarówno ta rozmowa, jak i kolejne dyskusje z HR mojej firmy, zakończą się pomyślnie, i będę mogła poświęcić więcej czasu na pisanie mojego bloga, i kto wie, może nawet czegoś więcej…..Jednak jakoś nie wykazuje wielkiej radości i energii, jak moje córeczki…



Ostatnie miesiące minęły błyskawicznie, i tak naprawdę wszystko toczyło się wokół wakacyjnych podróży, dzieciaków, i oczywiście mojej książki. Zasypujecie mnie emailami, na które niestety nie miałam czasu odpowiedzieć, ale obiecuję, że się poprawię, i w tym tygodniu, każdy z Was otrzyma odpowiedź.

Wielu z Was, przesyła mi fantastyczne wiadomości, które sprawiają, że robi mi się ciepło, powiedziałabym nawet gorąco na sercu. Jestem bardzo Wam wdzięczna, za tak miłe emaile, dotyczące mnie i mojej „twórczości” Każda taka wiadomość, jest dowodem na to, że warto było napisać „Mój Paryż, moja miłość”

Pytacie się również, jak czuje się w roli autorki. Przyznam się szczerze, że chyba nadal nie zdałam sobie sprawy z tego, że to właśnie ja napisałam książkę. Zrealizowało się moje marzenie, które gdzieś tam w głębi mojej duszy, przeleżało kilka lat, i cichutko kiełkowało. Gdy książka, ukazała się w stacjonarnych księgarniach, ja już byłam w Paryżu, więc niestety nie miałam okazji, ujrzeć jej na sklepowej półce. Może, podczas mojego kolejnego, grudniowego pobytu w kraju, będę miała taką szansę.

Jestem bardzo zadowolona, z reakcji czytelników, gdyż przyznam się szczerze, już po napisaniu, miałam ogromne obawy, i byłam przerażona publikacją. Mój strach przed krytyką był całkowicie uzasadniony, gdyż, jako absolutna nowicjuszka, w tej dziedzinie, nie znam się absolutnie, na pisaniu książek. Jednak czytając przychylne recenzje, na licznych blogach i portalach internetowych, strach prysł jak, bańka mydlana. Bardzo, więc dziękuje, za komplementy autorom wszystkich recenzji i komentarzy. A pozostałych czytelników, zachęcam do publikowania swoich opinii, gdyż jest to najlepsza metoda na promocję mojej książki. (hihihihi)

Blog, zaczął się cieszyć coraz większym sukcesem, książka się spodobała, a ja otrzymałam kilka propozycji współpracy, jako autorka, z portalami internetowymi! Yupi! Bardzo się, więc cieszę, i już niedługo dowiecie, się gdzie jeszcze można mnie poczytać.

Jestem również, bardzo zainteresowana, Waszymi opiniami, dotyczącymi bloga, więc, aby mi pomóc poproszę Was, abyście pomogli mi, i podpowiedzieli, o czym powinnam pisać, jakie tematy najbardziej Was interesują. Moi stali czytelnicy, wiedzą już, że nazwa bloga Mama w Paryżu, nie oznacza, iż jest to blog parentingowy, ani podróżniczy, lecz blog w którym poruszane jest sto tysięcy różnych tematów. Francuscy przyjaciele, podpowiadają, aby umieszczała dla Was więcej tutejszych adresów, i zalała, Was masą zdjęć. Co Wy na to?

Tymczasem, skoncentruje się, na tematach najbliższych postów, życzę Wam miłego Rozoczęcia Roku Szkolnego, i przyjemnego powrotu do pracy (jeśli jest to oczywiście możliwe po wakacjach!!!)

Do jutra! I liczę na Was i Waszą pomoc!!!!